Fiat rodzica

Jeszcze dwa miesiące dzielą nas od przeżywania Adwentu. Niemniej obecna społeczna atmosfera sprzyja właśnie adwentowej refleksji . W ten czas oczekiwania na narodzenie Jezusa wpisany jest bardzo istotny moment Zwiastowania Anielskiego. Anioł Maryi oznajmia, że urodzi Syna. Scena ta kończy się przepięknym i wymownym dla każdego chrześcijanina „Fiat” – „Niech się tak stanie”. Czy młoda dziewczyna miała obawy przed przyszłością? Bez wątpienia, miała. Była sama i nie wiedziała, jak otoczenie przyjmie jej stan. Można sobie wyobrazić, że następny dzień jawił jej się jako pełen trudności. Wiemy jednak, że zaufała Bogu. Jej postawa pokazuje także , że wychowanie jej dziecka zaczęło się o wiele wcześniej. Zaczęło się od tego, jak sama Maryja została ukształtowana. Jak myślała o nowym życiu, o Bożym darze.

Wychowanie do macierzyństwa i ojcostwa zaczyna się daleko przed poczęciem. Ma swój początek w uczeniu się miłości przez młodego człowieka. Jest w nauce obdarzania drugiej osoby uczuciem, sobą, przyjaźnią. Wychowanie potomka ma swoje źródło i w przeżywaniu narzeczeństwa przez przyszłych rodziców, w rozmowach wtedy prowadzonych, w rozważaniach nad filiżanką herbaty o tym, czym rodzicielstwo będzie. Zaczyna się od uświadomienia sobie, jak wielki to cud i dar.

Wychowanie własnego dziecka ma mocne korzenie w wartościach jakie młodzi ludzie przyjmują, w ich odpowiedzialności, odwadze, zdolności do ofiary. W zdolności do miłości, w gotowości do podejmowania odpowiedzialności.

Maryja nie miała pewności, że jej „fiat” przyniesie różową przyszłość dla niej. Jednak pewna była, że należy otoczyć miłością to życie, które się w niej poczęło. Józef – mówiący także Bogu tak – przyniósł jej mężowskie wsparcie. Ta miłość dała jej - bez wątpienia wielkie radości - tego niełatwego macierzyństwa. Macierzyństwa w trudnych okolicznościach i niesprzyjających warunkach materialnych. Przyjęła to wszystko. Zdolność do tego przyjęcia zaczęła się w domu Anny i Joachima. To my dzisiejsi rodzice przygotowujemy jutrzejszych ojców i matki.

Coś na całe życie

Jurek Kluger był przyjacielem z ławy szkolnej Karola Wojtyły, z Wadowic. Ojciec Jurka – adwokat – przewodził gminie żydowskiej. Chłopcy razem słuchali radiowych transmisji meczów piłkarskich, razem pływali, grali w hokeja i jeździli na nartach. Wspólnie nieraz się uczyli. Przebywali i w domu Wojtyłów, i w domu Klugerów. Potem młody Wojtyła poszedł na polonistykę do Krakowa a Jurek wybrał Politechnikę Warszawską. Jednak to czego nauczyła ich ta relacja przetrwało całe życie. Zresztą całe ich życie przetrwała także sama ich przyjaźń.

Wiele miejsca w relacji chłopców z Wadowic zajmował sport. Nic dziwnego. Sport bez wątpienia sprzyja rozwojowi fizycznemu chłopców. Poprzez sporty zespołowe można nauczyć dzieci współpracy, współdziałania, odpowiedzialności za grupę. Grupa pozwala odkryć indywidualność osoby, jeśli zadania muszą być dzielone podług różnych predyspozycji, cech charakteru, według jednostkowych uzdolnień i talentów. Zespół dzieci – dobrze kierowany – może być źródłem doświadczania wielu wartości istotnych przez całe życie: na przykład przyjaźni. Jest jednak jeden istotny warunek; zespół ten nie może stać się zarzewiem niezdrowej rywalizacji.

Jedna z mam zauważyła, że jej syn, dotąd świetnie dogadujący się z dwójką przyjaciół, teraz przestał się z nimi spotykać. Zapytany o powód, powiedział, że chłopcy krytykują jego grę w zespole, w którym wspólnie grają, mówią, że się nie stara, że są lepsi od niego. Druga mama z trójki chłopców, także zgłaszała ten problem, z tym, że w tym przypadku buta dotyczyła i syna pierwszej wspomnianej mamy. Postanowiły problem niezdrowej rywalizacji podjąć na forum rodziców: próbowały tłumaczyć, że niedobrze dzieje się w zespole, że chłopcy nastawiają się przeciwko sobie, nie są lojalni, sprawiedliwi, że niszczy się przez to przyjaźń między nimi... Zostały zakrzyczane... Dowiedziały się, że przyjaźń nie jest istotna w podstawówce, że potem i tak nie pamięta się kolegów z placu zabaw, że... najważniejsze, iż teraz wygrywają...

To fakt, dziś nie łączą mnie ścisłe więzi z koleżankami z podstawówki. Nie mniej pamiętam kilka z nich. Szczególnie pamiętam wesołą buzię dziewczynki, z którą siedziałam w piątej klasie. Miała mnóstwo dzierganych ubranek dla małej lalki. Często życzliwie mi tę lalkę pożyczała. Pamiętam też, że raz byłam bardzo nielojalna wobec niej. W jej dużych niebieskich oczach nie odkryłam cienia wyrzutu. Ona nawet nie uwierzyła, że mogłam być tak nie fair. Do dziś tamto wydarzenie pamiętam. Pamiętam też spojrzenie mojej nauczycielki. Pamiętam, bo wtedy odkryłam, czym może być przyjaźń.

Pewnie wiele paczek koleżeńskich nie przetrwa próby czasu. Los poprowadzi kolegów z podstawówki w inne odległe strony. Jednak te wartości, których dzieci doświadczą w ten czas, te wartości, które przepracują i odkryją, zostaną im na całe życie.

Kilka myśli o rozwoju

Cortona to piękne miasteczko na wzgórzu pod słońcem Toskanii. Przepiękne, wąskie uliczki, kamienne domy, fantazyjne okienka. Zdumiewa i zachwyca. To tam w pierwszej połowie XIII wieku święta Małgorzata założyła skromny szpital dla ubogich i nazwała go Santa Maria della Misericordia.

Życie świętej Małgorzaty przypomina opowieść z bajek opowiadanych dzieciom. Jej matka zmarła, kiedy dziewczynka miała siedem lat, potem ojciec powtórnie się ożenił i wtedy jej życie nabrało cech historii o sierotce i złej macosze. Jak to w bajkach bywa, pojawił się książę i zabrał dziewczynę na zamek. Na tym jednak podobieństwo do bajek się kończy, ponieważ książę nie poślubił dziewczyny. Być może bał się mezaliansu, bowiem Małgorzata była tylko córką rolnika. Żyli razem dziewięć lat i nigdy nie poprosili Boga o błogosławieństwo. Według podań, dziewczyna zrozumiała błędy swego życia dopiero wówczas, kiedy zobaczyła zwłoki zamordowanego księcia. To doświadczenie sprawiło, że postrzegła swe życie w innej perspektywie. To tragiczne wydarzenie zaowocowało ogromnym rozwojem. Tamten moment był początkiem jej drogi do świętości.

My rodzice XXI wieku z wielkim pietyzmem dbamy o wiele zajęć dla naszych pociech, ufając, że przyniosą im pożytek. Wierzymy, że każda umysłowa, czy też artystyczna aktywność spowoduje rozwój dzieci. W swych rodzicielskich aspiracjach sprawiamy, że dzieci biegają od fortepianu do korepetycji z angielskiego, od judo do basenu, od meczu do fletu itd., itp. Chcemy najlepiej, najpiękniej dla naszych dzieci. Zabiegani chłopcy i dziewczęta nie potrafią ogarnąć myślą licznych zajęć, zgłębić umysłem ich treści, ich emocje bronią się uśpieniem, bo inaczej rozliczne wrażenia nie dałyby im wytchnąć. Czy nastąpi rozwój społeczny, kiedy nie ma się czasu na rozmowę? Czy rozwiną się intelektualnie, jeśli nie mogą się zastanowić , przemyśleć? Czy dajemy szansę rozwojowi moralnemu, kiedy brak czasu na refleksję na temat dobra i zła? Czy rozwijają się emocje, jeśli nie ma momentu na radość z działania? Być może jednak towarzyszy nam obawa, że „odpuszczenie” jest równoznaczne z odebraniem dzieciom szansy na rozwój. Jeśli tak, przypomnijmy sobie św. Małgorzatę i wiele podobnych ludzkich historii. Uczą nas, że niejednokrotnie piękny człowieczy rozwój to skok w wyniku silnego przeżywania jakiegoś wydarzenia, efekt nadzwyczajnego poruszenia. Czasem to, co trudne prowadzi do dojrzałości. Z drugiej strony progres u dzieci następuję wielokroć w chwili, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Jest skutkiem wyciszenia, uspokojenia, refleksji, zatrzymania się.

Dobre życie

Niedaleko Viterbo, kilka kilometrów od malowniczego jeziora Bolsena, na powulkanicznym wzgórzu wznosi się miasteczko Bagnoregio. Dziś poniekąd ospałe, tchnące tajemniczym pięknem. Niewątpliwie życie w nie wnoszą turyści, podziwiający architekturę i widoki, oraz wieczór sprzyjający wyjściu na ulice zmęczonych upałem mieszkańców. To właśnie tam, prawie osiemset lat temu, urodził się święty Bonaventura. Jeszcze teraz możemy podziwiać dobrze zachowaną fasadę domu jego rodziców. Ojciec - lekarz - oraz matka martwili się zdrowiem małego Jana - bo takie było imię Świętego z chrztu - ponieważ był niezwykle chorowity. Matka nawet przyrzekła Bogu, że jeśli zachowa go przy życiu, jej mały syn -jako dorosły - Bogu to życie poświęci. Według podania, rodzice mieli swego potomka przedstawić świętemu Franciszkowi - w celu uzdrowienia - a zacny święty w natchnieniu miał powiedzieć: O, buona ventura! - co znaczy - „O szczęśliwa przyszłości”. Giovanni wyzdrowiał, rósł i rozwijał się. Zgodnie z przyrzeczeniem swej mamy poświęcił życie Bogu. W zakonie na pamiątkę pamiętnego natchnionego wyzwania św. Franciszka przybrał imię Bonaventura. Imię to pokazywało równocześnie jego dorosłą wizję szczęśliwej przyszłości, bowiem jego przepowiedzianą szczęśliwą przyszłość stanowiło pracowite, zaangażowane, pełne mądrości życie zakonne.

Na okoliczność rozpoczęcia roku szkolnego nasze rodzicielskie życzenia także krążą wokół szczęśliwej przyszłości naszych dzieci. Tylko pewnie wyobrażenia, co do szczęścia dzieci są bardzo różne. Zastanawiam się, czy to szczęście kojarzymy z wizją dobrego, uczciwego, odważnego, odpowiedzialnego życia, czy raczej myślimy o sukcesach, powodzeniach, nominacjach, promocjach. Na pewno i w tym drugim nie ma niczego złego, pod warunkiem, że jedno nie dokonuje się kosztem drugiego. Droga do szczęśliwej przyszłości w myśl Ewangelii to niejednokrotnie droga odbiegająca od naszych troskliwych rodzicielskich wyobrażeń. Niejednokrotnie droga to trudna, droga wyrzeczeń, przebaczania, wzięcia na siebie odpowiedzialności. To szlak, gdzie towarzyszymy dzieciom, wspieramy je, ale trudne zadania wypełnić musi ono samo. Szczęśliwa przyszłość w postrzeganiu Bonaventury to przyszłość dobrego życia przeżywanego przez dobrego człowieka.

O pięknie duchowym

11 kwietnia przypada wspomnienie świętej Gemmy Galgani, która zmarła na początku ubiegłego stulecia. Urodziła się i zmarła we Włoszech. Żyła zaledwie 25 lat. Kiedy patrzymy na jej zdjęcie, widzimy twarz pięknej kobiety. Nie jest to z pewnością subiektywne przekonanie, o czym świadczy choćby fakt, że kiedy na Papieskim Instytucie „Teresianum” w Rzymie przeprowadzono głosowanie na najpiękniejszą spośród świętych niewiast, to zwyciężczynią została właśnie owa włoska dziewczyna. Pewne jest także, że Gemmie, mieszkance Toskanii, nigdy na zwycięstwie w takim rankingu nie zależało. Przeciwnie, cale swe krótkie życie wykazywała wielką dbałość o zachowanie piękna duchowego. Jej wielka troska o wewnętrzną urodę sprawiła, że została włączona w poczet świętych. Tym samym ta dziewczyna, której twarz jeszcze dziś potrafi zachwycać, przypomina i pokazuje wychowawczą wartość piękna duchowego. Bez wątpienia piękno duchowe jest rezultatem uosabiania wielu wartości. Równocześnie jest efektem wielu zmagań wychowawczych a później wielkiej pracy nad sobą samym.

Niepokój może rodzic w nas rodzicach świadomość, że tak naprawdę lękamy się wychowywać dzieci ku pięknu ducha. Być może wynika to z przekonania, że dziecko szukając walorów wnętrza, straci wiele z zewnętrznych cenności tego świata. Będzie bardziej przegrane niż wygrane, bardziej w cieniu niż w blasku fleszy, pozostanie outsiderem, pozbawionym sukcesów, awansów i kariery. Za przykład naszych rodzicielskich lęków niech posłuży ta historia opowiedziana przez jedną z mam. Nie tak dawno w szkołach odbywał się ceniony Konkurs Matematyczny, który cieszy się dobrą sławą. Konkurs ów bez wątpienia jest sporym wyzwaniem. Czas na wypełnienie zadań jest dość krótki a zadania trudne. Konkurs budzi spore emocje i ambicje nie tylko dzieci, ale i ich rodziców. Jednym z regulaminowych wymogów uczestnictwa w opisywanych matematycznych zmaganiach jest wypełnianie formularza czarnym długopisem. Ta konieczność wiąże się ze sposobem sprawdzania testów. Jeden z małych chłopców, syn wspomnianej mamy, był zaopatrzony nawet w dwa czarne długopisy. Jednak jego koledzy zapomnieli o tym obowiązku. Zatem on w swej życzliwości użyczał tego dodatkowego, a nawet tego, który mu pozostał, swoim sąsiadom. Mama opowiadała, że ta życzliwość syna bardzo ją w pierwszej chwili zdenerwowała. Pomyślała, że jej chłopak przez to pożyczanie sam gorzej napisał test i nie zajmie żadnego dobrego miejsca. Dopiero później doszło do niej, że to wspaniale, że synek okazał się przyjazny, niesamolubny i koleżeński. Pokazał, że nie zwycięstwo jest ważne, ale zmaganie się ze sobą nie tylko w rankingu matematycznym, ale w ludzkim i życiowym. 

Historia ta uzmysławia mi w sposób szczególny, że namysł nad naszym rodzicielskim wychowaniem powinien się rozpoczynać od refleksji nad jego celami. Dopiero potem czas na metody wychowawczych oddziaływań. Namysł ten bowiem porusza także nasze rodzicielskie sumienie, demaskuje wewnętrzną prawdę, unaocznia o co tak naprawdę w wychowaniu dziecka nam chodzi.

Więcej artykułów…

  1. O szacunku do starości
 

Parafia Matki Bożej Bolesnej w Boruszowicach

ul. Armii Krajowej 10
42-690 Boruszowice
tel. 32 284 78 22
 
Kancelaria parafialna czynna w poniedziałki i czwartki od 17:00 do 17:45.
Sakrament Pokuty codziennie przed Mszą św. i w soboty od 17:00 do 17:45.
 

Mapa